8 grudnia 2017

Dzień targowy

To już ostatni dzień naszej podróży!
Wczoraj przylecieliśmy z powrotem do Bangkoku, a jutro wracamy do Barcelony. Śpimy przy głównej ulicy China Town w bardzo ładnym hotelu Shanghai Maison.




Dzisiaj postanowiliśmy wybrać się na dwa targi: najpierw na targ na torach w Mae Klong, a potem na pływający targ Amaphawa.
Do Mae Klong pojechaliśmy busikiem. Sprzedający rozstawiają tam swoje rzeczy na torach i 6 razy dziennie, gdy nadjeżdża pociąg, szybko je zwijają. 
Połaziliśmy po targu, Kimi zjadła lody kokosowe, a Robert wypił wodę z kokosa.








Potem zaczęliśmy szukać busika na drugi targ, ale nie mieliśmy zielonego pojęcia w którą iść stronę, więc zapytaliśmy stojącą na ulicy grupkę, czy może wiedzą. Nie wiedzieli, ale okazało się, że właśnie tam jechali i mieli w samochodzie 2 wolne miejsca i nas zabrali! Była to grupa Japończyków, także przydały się nasze podstawy japońskiego 😉 Oczywiście musieliśmy zrobić sobie zdjęcie pamiątkowe.


W Amaphawie najpierw się powłóczyliśmy, potem
prawie 2 godziny pływaliśmy łodzią po rzece.















A wieczorem było jeszcze jedzenie w China Town!



7 grudnia 2017

Ostatni dzień w Kambodży

Piszemy ten post z lotniska, zaraz lecimy do Bangkoku.
Dzisiaj pojechaliśmy do świątyń oddalonych ok. 20 km od głównego kompleksu Angkor.










Po zwiedzaniu zjedliśmy ostatni obiad w Kambodży i pochodziliśmy jeszcze po centrum Siam Reap.

Pożegnanie z Pongiem, naszym kierowcą:




6 grudnia 2017

Wschód słońca nad Angkor Wat

Czy ktoś mówił, że w wakacje się odpoczywa? Haha, nie bardzo nas to dotyczy 😂 Dzisiaj zamiast jak normalni turyści smacznie spać, wstaliśmy o 4.00 (no dobra, nie ma co oszukiwać, o 4.05).

Zabraliśmy śniadanie przygotowane przez właścicielkę naszego hotelu (2 croissanty i 7 bananów!) i pojechaliśmy na wschód słońca nad świątynią Angkor Wat. Wschód był dopiero o 6.15, ale Angkor Wat to nie Sukhotai. W Sukhotai na wschodzie razem z nami było może z 15 osób, tutaj tysiące, więc trzeba było przyjechać wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. Nam się udało i mieliśmy super miejscówkę nad samym stawem na wprost świątyni. 

Wschód był rzeczywiście piękny i warto było tak wcześnie wstać, chociaż sama atmosfera lepsza jednak w Sukhotai. Setki przepychających się turystów to nie nasze klimaty.
Po wschodzie zrobiliśmy objazd po tzw. dużym kole (big circle) i zwiedziliśmy jeszcze kilka świątyń. Tak wczesna pobudka dzisiaj miała jeszcze 2 plusy - od rana nie było jeszcze gorąco i było zdecydowanie mniej ludzi. Ale o 9.00 znowu zaczął się straszny upał, na szczęście i dzisiaj nasz kierowca miał dla nas zimną wodę i ręczniki, a jazda tukiem tukiem to jak jazda z klimatyzacją, bardzo fajnie wieje.


























Zwiedzanie skończyliśmy wcześniej niż wczoraj i potem wcielaliśmy się w typowych turystów, był basen i nawet drinki. Robert za 4 dolary dostał cały dzban ginu z tonikiem! Na kolację wybraliśmy bar, w którym siedziało dużo lokalsów i był to strzał w dziesiątkę, za 2 dolary od osoby zjedliśmy naprawdę smaczne rzeczy, Robert amok, Kimi rybę z ananasem.










5 grudnia 2017

Angkor i wioska na wodzie

Dzisiaj punktualnie o 8.00 przyjechał po nas kierowca tuk tuka, którego wynajęliśmy na czas pobytu w Kambodży. Zwiedzanie zaczęliśmy od głównej świątyni Angkor Wat, która jest olbrzymia, ale zrobiła na nas najmniejsze wrażenie. Dużo bardziej podobały nam się inne świątynie, poukrywane w lesie, z mniejszą ilością turystów, w wielu miejscach porośnięte mchem, z bardzo magicznym klimatem. Można było się poczuć trochę jak w środku baśni.
Przez większą część dnia było potwornie gorąco i wilgotno. Wydawało nam się, że w Tajlandii było gorąco, ale to nic w porównaniu z tym, co jest tutaj! Słońce grzeje niemiłosiernie, a wilgoć jest masakryczna! Na szczęście nasz kierowca jest super przygotowany na upały, miał ze sobą lodówkę z mnóstwem wody i z zimnymi ręcznikami. 








































Po 15.00 opuściliśmy kompleks świątyń i ruszyliśmy naszym tuk tukiem w stronę przystani, z której odpływają lodzie do wioski położonej na wodzie. Jechaliśmy przez prawdziwe, kambodżańskie wsie. Wszędzie pełno było chat, wołów, dzieci bawiły się na środku drogi... Minęliśmy pola ryżowe, aż w końcu dojechaliśmy do przystani. 




Najpierw płynęliśmy większą łodzią z silnikiem, potem przesiedlismy się do mniejszej, wiosłowej. To niesamowite, że ludzie naprawdę mieszkają w domach na wodzie i gdziekolwiek chcą się dostać, muszą płynąć łodzią. Widzieliśmy też las rosnący w wodzie. Nagle zaczął padać deszcz, ale znalazly się dla nas parasolki. Z małej lodzi znowu musieliśmy się przesiąść do większej i okazało się, że nasz kierowca (boat driver) gdzieś zaginął! Dosiedliśmy się więc do jakichś ludzi i popłynęliśmy na zachód słońca, gdzie odnalazł się nasz kierowca i znowu mieliśmy łódź tylko dla siebie.






Do hotelu wróciliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Zjedliśmy kolację ugotowaną przez właścicielkę hotelu, poplywalismy w basenie i zaraz idziemy spać, bo jutro pobudka o 4.00! Jedziemy oglądać wschód słońca nad Angkor Wat.